Kategorie
Bez kategorii

Ale z Nas podzieleni długodystansowcy!

Dotarliśmy do mety. Zacząwszy dwa lata temu, po kolei zagłosowaliśmy w wyborach: samorządowych, do Parlamentu Europejskiego, do Sejmu i Senatu Rzeczypospolitej Polskiej oraz prezydenckich. W drugiej turze, do rywalizacji o sprawowanie urzędu głowy państwa przystąpiło dwóch kandydatów, którzy w pierwszym głosowaniu otrzymali kolejno największą liczbę głosów (Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 roku art. 127 ust. 5). Na tym etapie, inaczej niż w pierwszej turze, nie jest wymagane uzyskanie większości bezwzględnej – otrzymanie więcej niż połowy ważnie oddanych głosów (art. 127 ust. 4). W ponownym głosowaniu sukces zapewnia większość zwykła. Skoro rywali było dwóch, sprawa wyliczenia uzyskanego przez każdego z nich poparcia wydaje się prosta. Laik powie: jeden wygrywa, drugi przegrywa. Koniec gry. No tak, trzeciej opcji nie ma. Podium jest dwustopniowe. Czyżby? A może podium jest dwustopniowe i dwumiejscowe zarazem? Może ta dwumiejscowość nie jest właściwością obu stopni i de facto oznacza jakąś nadstopniowość stopnia najwyższego i pojawia się w zależności od tego, kto zdoła się na niego wspiąć? Fantastyka! Prawda, w innej „bajce” Frédéric Bastiat radził zastanawiać się Co widać i czego nie widać [1].

Zwyczajowo publicyści pastwią się nad przegranym, podczas gdy On zwyczajnie zmobilizował, co nie znaczy, że nie przekonał(!), mniejszą liczbę obywateli uprawnionych do głosowania. Dopiero dokładne badania ujawnią, na ile elektorat liberalny, znów, okazał się nieźle zakonserwowany tzn. twardo usadowiony na d… w chałupie. Każdy żywiący przekonanie o własnej przewadze cywilizacyjnej, jak również wierzący, iż pospolite ruszenie „maluczkich” nie jest groźne, mógł się zdziwić. Drugi w wyścigu do pałacu prezydenckiego przestrzegał przed taką krótkowzrocznością klasową!
Polska to kraj historycznie rolniczy. Większa część społeczeństwa żyje w mniejszych ośrodkach. Etos ludzi spoza miasta nie jest tożsamy z tym właściwym mieszkańcom metropolii. Owszem, wieś wywiera silny wpływ na miasto, ponieważ ludzie, nieustannie przemieszczają się i zmieniają siedziby. Niemniej jednak, miasto wszystkich nie pomieści. Ustawiczne powiększanie obszarów zurbanizowanych przez wchłanianie coraz odleglejszej okolicy jest absurdalne. Towarzyszące temu procesowi ujednolicanie zabudowy, betonowanie krajobrazu dewastuje przyrodę. Ostatecznie, w ujęciu globalnym, rozbuchana deweloperka obniża jakość życia ludzi i odbiera je ubożejącej florze i faunie. Obecnie raczej miasto zbliża się do wsi, niż wieś lgnie do miasta. Dzisiejszy gospodarz nie jest, jak w przeszłości odrabiający pańszczyznę chłop, przywiązany do ziemi. Jeżeli zostaje na wsi, to dlatego, że chce lub z innych, nie mniej ważnych, przyczyn nie może jej opuścić. Rolnicy nie ograniczają się do dbania o swoje włości. Z różną skutecznością starają się realizować polityczne interesy grupy. Skwapliwie korzystają z okazji oddania głosu w odbywających się wyborach, referendach itp. Liberałowie latami lekceważyli mniejsze gminy. Jakże zawodną była, jest i będzie wiara, że wielkomiejska aktywność obywatelska wystarczy. (Na ostatniej prostej chyba oczekiwano cudu…) Trudny teren wymaga ciężkiej, regularnej i rozłożonej na lata pracy oraz… pieniędzy. Obłudą byłoby przemilczeć fakt, że zwycięzcy wcześniejszych elekcji temat szeroko rozumianego niedoinwestowania obszarów popegeerowskich „wałkowali” non-stop, podsypując kiedy, gdzie i ile należało. Co ważne, polityczną orkę poprzedziło przygotowanie gruntu. Potrzeby rozpoznano, środki na ich zaspokojenie w budżecie znaleziono i rozdysponowano – aktywnie spalano „koniunkturalną oponkę”. Ileż to wypito filiżanek „herbatki politycznej”?! Ileż to wspólnie pieśni patriotycznych odśpiewano?! Się dba, się zbiera. Ot polityczna praxis… I na łące „koniczynka” już nie dominuje…
Kolejną ważną kwestią jest mentalność. Warto próbować zrozumieć ludzi, dla których ojcowizna (odziedziczona po przodkach ziemia i wiara) ma szczególne znaczenie. Dla wielu, władza polityczna i Kościół to autorytety ważnością dorównujące ojcu – mężczyźnie i głowie rodziny. Cóż dziwnego, że masowo i karnie zagłosują na tego/tych, który/którzy tradycyjny (patriarchalny) sposób życia i wartości, na jakich jest on ufundowany, obieca/obiecają chronić i umacniać. Oczywiście, co poniektórzy „ultratradycjonaliści-archaiści” są gotowi wzywać do szanowania odmiennych obyczajów. Niestety, to hipokryzja, gdyż w imię opiewanej swojskości/naszości traktują ową inność jak aberrację, godzącą w „naturalny” porządek rzeczy. Tylko, że świat nie stoi w miejscu. Ruch oznacza zmienność. Żyjący w XIX wieku ksiądz Hieronim Kajsiewicz w Kazaniu o trojakim życiu i trojakim patriotyzmie głosił: „Wszelkie życie jest ruchem; a przeto stanie na miejscu jest niepodobne, jest obumieraniem i w końcu śmiercią”[2].
Nasze małe ojczyzny – dobrze pojęta lokalność – są ważne. Fatalnie, kiedy zamieniają się w enklawy, których „wyjątkowość” sprowadza się do utrwalania nieufności i niechęci wobec świata zewnętrznego oraz braku tolerancji. Nazbyt często odsądza się od czci i wiary kosmopolitów. W XXI wieku można czuć się jednocześnie patriotą (nie nacjonalistą) i kosmopolitą! Ograniczanie horyzontu myślowego – eufemistycznie nazywane realizowaniem polityki tożsamościowej – nie sprawi, że staniemy się szlachetniejsi. Nawet Walerian Kalinka, krytykujący kosmopolityzm reprezentant Krakowskiej Szkoły Historycznej, przestrzegał przed bezrefleksyjnym czerpaniem z własnej tradycji[3]. Po co umacniać stereotypowe postrzeganie słowiańskich mieszkańców Europy Środkowo-Wschodniej jako ludzi zaściankowych i nieokrzesanych? Wrażenie wywoływane na Zachodzie, przede wszystkim w Unii Europejskiej (wyłączając przysłowiowego „bratanka”), musi być konfundujące, skoro przy każdej okazji zwykliśmy podkreślać naszą przynależność do łacińskiego kręgu cywilizacyjnego.
Wracając do sprawy powyborczych rozliczeń, przesadzone jest twierdzenie, że kandydat, który nie został prezydentem poniósł porażkę. Z tym niepowodzeniem jest podobnie, jak ze zwycięstwem moralnym – w sferze faktów przegrany, ale duchowo wygrany. Przyjrzyjmy się sytuacji. Z komunikatu Państwowej Komisji Wyborczej wynika, że najwyższym reprezentantem państwa przez następne pięć lat będzie osoba, która ubiegała się o reelekcję, ponieważ w ponownym głosowaniu otrzymała więcej głosów (art. 127 ust. 6). Niby nic nadzwyczajnego, że skutkiem starcia wyborczego jest wskazanie zwycięzcy i przegranego. Jednakże trzeba pamiętać, że rywalizacja była brutalna, a potencjały nierówne. Cały świat gnębi przyspieszająca pandemia wirusa SARS-CoV-2. Prowadzona w tych niesprzyjających warunkach „blitzkriegowa” kampania ujawniła dramatyczny podział społeczeństwa. Prawie pół na pół. Urzędująca Głowa Państwa i jej Przeciwnik w wyborach uzyskali porównywalną ilość ważnie oddanych głosów. Nie od 12/13 lipca 2020 r. mamy problem, ale teraz zdaje się on być namacalny. Pytanie wciąż pozostaje otwarte: jak zespolić wspólnotę narodową, gdy osią podziału są kwestie fundamentalne: od definicji rodziny (tej ludzkiej) zaczynając, a na podejściu do klimatu, statusu mniejszości i praw zwierząt kończąc?
Osoba, która zajęła drugie miejsce rozpoczęła wyścig z opóźnieniem i dźwigała ciężki bagaż. Miała spory elektorat negatywny, a jednak zdołała przekonać rzesze obywateli, również na terenach zwyczajowo sympatyzujących z partią wspierającą swego rywala. Ponadto dysponowała skromniejszymi kwotami i w ograniczonym zakresie komunikowała się ze społeczeństwem za pośrednictwem mediów publicznych(?). Z kolei zaangażowanie aparatu państwa po stronie walczącego o reelekcję Prezydenta było imponujące. Ostatecznie cel uświęcił środki. Można się tylko uśmiechnąć i zapytać: czy inna formacja, dysponując analogicznymi możliwościami i analizami dotyczącymi zmiany nastrojów społecznych nie wykorzystałaby ich? Po co pchać się do polityki, gdy władzę łatwo wypuszczałoby się z rąk? Każdy lubi czuć się panem sytuacji (otwarcie wybrzmiało to swego czasu nawet z mównicy sejmowej). Nie dziwi, że ludziom okazjonalnie głosującym, różnica między panem-tyranem a panem-łaskawcą wydaje się nieczytelna. Często ten co daje, daje aby uzależnić. A wydawałoby się, że nic bardziej poniżającego jak mała tyrania. Wspomnijmy słowa cytowanego powyżej ultramontanina: „Tyrania im drobniejsza, tym dokuczliwsza, tym bardziej poniżająca ”[4]. Niech zdanie wypowiedziane w Paryżu w 1860 r., w innym kontekście, wybrzmi także nad Wisłą w XXI w. Symbolicznej refleksji wykluczyć nie można, jednakowoż codzienność skrzeczy: nie ważne kto, nie ważne co, ważne, że da cokolwiek.
Niedawny Przegrany zaprezentował się jako nowoczesny polityk. Otwartość, elokwencja, energia i wieloletnia, zróżnicowana aktywność w sferze publicznej są niezaprzeczalnymi atutami. Po krótkim, acz intensywnym urlopie czas wrócić do obowiązków samorządowca. Wywalczone poparcie zapewne zmotywuje wielu lokalnych włodarzy do cięższej pracy. Wiadomo, że samorząd terytorialny nie jest niereformowalny! Największym wyzwaniem pozostaje przekonać ludzi, że mimo różnic światopoglądowych warto odnosić się do siebie nawzajem z szacunkiem. Tymczasem podkreśla się, że niektórzy obywatele głosowali na przegranego kandydata widząc w tym akcie mniejsze zło. A może w takim głosowaniu dostrzegli większe dobro? Widać, że polityki i polityków nie ocenia się pozytywnie. Publicyści z pasją kreślą scenariusze możliwych przyszłych rozliczeń w formacji politycznej popierającej Przegranego. Owo prowokowanie nowych wewnętrznych przetasowań tylko osłabi opozycję. Przegrane wybory nie raz służyły za pretekst do wyrównania rachunków, ale to odgrywanie się okazało się kontrproduktywne. Czas najwyższy zrozumieć, że zmiana powinna polegać na ulepszaniu tego, co już się dobrze posiada. Realizm polityczny to podstawa działania. Najwyraźniej część rodzimych polityków lubi tracić czas i angażować się w czcze spory. Pora zaskoczyć wszystkich i subtelnie wprowadzać niezbędne korekty zamiast grzęznąć w rozgrywkach personalnych. Nie tracąc z oczu celu wnikliwie obserwować, recenzować i pracować, pracować, pracować…
W ustroju demokratycznym społeczeństwo obserwuje swoich przedstawicieli i stosownie do wyników tej obserwacji udziela poparcia lub je cofa. W ostatnich wyborach prezydenckich kandydaci, którzy uczestniczyli w finałowym starciu zapewniali wyborców, że ich wolą jest godzić, a nie dzielić. Poczekamy. Zobaczymy. W swoim czasie sprawdzimy.

M.E.D.

[1] F. Bastiat, Co widać i czego nie widać, z przedmową J. Winieckiego, tłumaczył S. Stachura, Lublin – Chicago – Warszawa 2005.
[2] H. Kajsiewicz, Kazanie o trojakim życiu i trojakim patriotyzmie, [w:] Hieronim Kajsiewicz. O duchu rewolucyjnym. Wybór pism, wstępem opatrzył B. Szlachta, Kraków 2009, s. 53.
[3] W. Kalinka, O „Dziejach Polski” prof. M. Bobrzyńskiego, [w tegoż:] Pisma pomniejsze część III, Kraków 1900.
[4] H. Kajsiewicz, Nauka o władzy doczesnej papieża, [w:] Hieronim Kajsiewicz. O duchu rewolucyjnym. Wybór pism, wstępem opatrzył B. Szlachta, Kraków 2009, s. 159.