Uczynienie z konkretnej religii jednego z przedmiotów szkolnego nauczania od dawna uważane jest za kontrowersyjne. W Rzeczypospolitej Polskiej, demokratycznym państwie prawnym urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej, najwyraźniej w praktyce zignorowano fakt, iż jego obywatelami oprócz osób identyfikujących się z religią dominującą są innowiercy, agnostycy i ateiści. Dodatkowo wierzący (w wąskim rozumieniu tego słowa) nie stanowią homogenicznej większości. Sytuację problematyzuje także kryterium użyte do określenia ich rzeczywistego udziału w całości. Trudno zaprzeczyć, że sposób przeżywania wiary zmienił się. Prywatyzacja religii niekoniecznie koresponduje ze zbiorowym uczeniem się zasad konkretnej wiary i podleganiu klasyfikacji.
Naiwnością jest sądzić, że ocena stopnia przyswojenia przez ucznia treści katechizmu daje wyobrażenie o jakości i głębi jego życia duchowego. Nie inaczej sprawa się ma z czynieniem iunctim między regularnym uczestnictwem w lekcjach religii, a wyrobieniem moralnym. Przyjęcie takiego punktu widzenia sugerowałoby, że walory etyczne tych nieobecnych, w najlepszym wypadku, należałoby uznać za niewystarczające. Warto taką nieobecność traktować jako znak szacunku dla osób zainteresowanych materiałem przekazywanym przez katechetę. Przyjmowanie odmiennej, acz taktownej postawy zawsze powinno spotkać się ze zrozumieniem w pluralistycznym światopoglądowo społeczeństwie XXI w.
Można dostrzec dysonans między nauczaniem określonej religii w szkołach publicznych, a brzmieniem art. 25 ust. 2 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 r. Można pytać: czy zachowanie bezstronności w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych oraz zapewnienie swobody ich wyrażania w życiu publicznym przez władze publiczne Rzeczypospolitej Polskiej odpowiada postulatowi neutralności światopoglądowej państwa? Odpowiedź będzie zależała od tego, jak zdefiniuje się wyraz „bezstronność”. Czy rozumieć się go będzie jako instytucjonalną obojętność wobec wymienionych kategorii i niezagrażających dobru wspólnemu form ich ekspresji, czy też równoważenie wywieranego wpływu lub wspieranie opcji pozytywnie korelującej z przekonaniami i interesem politycznym rządzących, w uzasadnieniu powołując się na wolę suwerena oraz tradycję. Trudno oprzeć się wrażeniu, że neutralności najbliżej do „obojętności”, która jako powstrzymanie się od wywierania wpływu oznacza przedłożenie wolności nad władzę polityczną. Mądry rozdział tronu i ołtarza to zadanie czasochłonne i trudne, ale nie niemożliwe. Paradoksalnie, jego realizacja może przynieść państwu i Kościołowi wiele pożytku.
M.E.D.