Kategorie
Bez kategorii

Gdy rodzina to „gadzina”, a gadzina to rodzina

„Lecz co mówić o protekcji zwierząt tam, gdzie, jak u nas, tak mało bywa uszanowania godności człowieczej?”[1]
Czy rodzina to tylko chłopak i dziewczyna oraz ich biologiczne potomstwo? Twierdząca odpowiedź wydaje się dyskusyjna. Z rodziną wszak bywa różnie. Ponoć dobrze wychodzi się z nią jedynie na zdjęciu. Niektórzy radzą, żeby stać w środku, co zmniejsza ryzyko zostania „wyciętym”. Podobno rodzina to ci najbliżsi. Cóż, niejeden się zdziwił odkrywszy fałszywca, a może i najzaciętszego wroga, we własnym otoczeniu.
Rodziny są różne. Upieranie się przy jednym modelu, traktowanym jako ideał, nie ujawni nic poza własnymi apriorycznymi założeniami. Doświadczenie jednostkowe, błędne wnioskowanie o jego powszechności, osadzanie argumentów na tym co było lub co jest statystycznie najczęstsze i perorowanie, że w przyszłości nie będzie inaczej, nie ogarnia całej, złożonej rzeczywistości. Coś, co jednym wydaje się normą, dla innych staje się przejawem dyskryminacji. Zrozumiały opór jednostek i grup domagających się uznania, przez zero-jedynkowych strażników czarno-białej „zbiorowej” obyczajności, traktowany będzie jak ideologiczny atak wymierzony w „normalną” rodzinę. Szkoda, że sprawy tego świata są bardziej skomplikowane.

Nie jest tajemnicą, że różnopłciowe związki niesakramentalne, niesformalizowane również w rozumieniu prawa cywilnego albo te na odległość nie są w naszych wsiach i miastach zjawiskiem marginalnym. A samotny (z różnych przyczyn) rodzic z dzieckiem (biologicznym lub przysposobionym, sprawnym lub nie)? A ci, którzy stracili partnerów lub rozwiedli się i później żyją razem zaobrączkowani lub nie, wychowując własne latorośle? Jest tyle rodzinnych kombinacji, o osieroconych rodzeństwach, gdzie najstarszy brat lub siostra troszczy się o resztę dzieciaków, nie wspominając. I jeszcze ta wielobarwna, drażliwa kwestia wspólnego życia z plusem na końcu! Kolory różne, języki też, bo i narodowość nie ta sama. Ręce załamać i płakać… Można się modlić, lecz casus Świętej Rodziny (partenogeneza), rodziny współczesnej dookreślić raczej nie pomoże. Istna kwadratura koła. Natomiast hasło: „Rodzina jest najważniejsza”, ów heterogeniczny konglomerat związków rozumie i zaprzeczyć mu nie chce.
W tym zbiorze pomieści się także on, ona i np. pies (DINK+). Antynataliści? Może tak, a może przeciwnicy replikowania wadliwego DNA (after 22.10.2020 certainly yes) lub świadomi, że Ziemia ledwo zipie. W każdym razie, gdy żyje się z jakimkolwiek innym niż człowiek zwierzęciem warto pamiętać, iż to najsłabszy, najbardziej zależny, najuczciwszy i najbardziej oddany członek rodziny. O przycięcie wspólnej fotki nie można podejrzewać kota, ostronosa, szczura, kanarka czy gupika etc. Jej poszarpanie, obsikanie, podjedzenie to już inna historia, odsyłająca do ludzkiego niedbalstwa.
Powtórzmy: on, ona i pies też rodziną jest. W takiej rodzinie więzi wynikające z bezwarunkowej przyjaźni są wyjątkowo silne. Cóż się dziwić, że gdy zachoruje bezbronna istota, to poruszy się niebo i ziemię byle pomóc – rzeczywiście skutecznie. Jeśli tylko można wyeliminować cierpienie, odzyskać część utraconego zdrowia, zapewnić bezpieczeństwo i spokojną jesień życia – autentyczny dobrostan. Walczą wszyscy, ramię przy ramieniu, noga przy łapie. Taka rodzina trzyma się razem w każdym położeniu. Prawa człowieka i prawa zwierząt. Prawo do godnego życia i prawo do godnej śmierci. Nie każdy tak myśli. Wielu zapewne słyszało: „młodszy już nie będzie, lepiej kupić/wziąć nowego”. Zwierzęta to nie przedmioty, które wymienia się, gdy się zużyją lub przestaną być modne. My, sklasyfikowani jako homo sapiens, też zestarzejemy się, nie ma gwarancji, że nie zachorujemy. Człowiek jest podmiotem. Podmiotem jest zwierzę. Tak wielu rozumie przekaz: „money talks”. Tak niewielu rozumie, że życie i prawdziwa miłość są bezcenne. Żaden inny ssak, tak jak ten wyprostowany i rozumny, aczkolwiek wyrachowany i cyniczny, nie łączy uczuć np. z zapisami na ROR, dobrami luksusowymi czy mniemanym prestiżem. Jeżeli żyjecie z różnymi zwierzętami, to czujcie się wyróżnieni!
Niestety owo bycie wyróżnionym opacznie się rozumie. Nie od wczoraj trwa bój o ubój, bój o kasę, bój o legalne przysparzanie cierpienia. Człowiek nie wyrzeknie się jedzenia mięsa, ale opuściwszy jaskinię futro i skóra nie są mu niezbędne. O hodowli zwierząt przeciętny zjadacz szynki i amator produktów mlecznych wie niewiele. Pełniejsza wiedza sprzyjałaby reorientacji dotychczasowych przyzwyczajeń żywieniowych. Ortodoksyjni rytualiści i ich źródła zaopatrzenia wydają się być impregnowani na informację. Pierwsi chcą żyć w zgodzie z prawidłami wyznawanej wiary, a drudzy uważają się za ważny element w machinie gospodarczej. Zauważmy, że współcześnie operacje wykonuje się w narkozie. Premedykacja obejmuje sedację, znieczulenia miejscowe. Nawet podczas leczenia zębów – borowania, kanałówki, sanacji jamy ustnej, ekstrakcji – podaje się znieczulenie nasiękowe lub przewodowe. Byle nie bolało, byle nie pamiętać jak na bodźce reagują nerwy. I co? I dla niektórych czuć się wyróżnionym znaczy tyle, co: nie ogłuszać, upuszczać krew, wydłużać agonię. Naprawdę liczą się interesy, głosy, ewentualna reelekcja i… I to, co za tym idzie, a szelestem pieści ucho.
Lubowanie się w okrucieństwie lub ignorowanie go, w przypadku osób zdrowych psychicznie, zawsze zasługuje na potępienie. Wszyscy chcieliby, żeby obchodzić się z nimi humanitarnie. Szkoda, że ci wszyscy chcący niekoniecznie zaakceptowaliby uniwersalną humanitarną wzajemność. Jeśli ludzie odrzucają taką wzajemność, to tym bardziej nie będą oszczędzać cierpienia zwierzętom, które hodowali, hodują i hodować będą… do czasu. Znamy już klimatyczny ziemski deadline. Narzekamy na różne niedobory, ale o niezadowalającym poziomie empatii przekonujemy się codziennie i w każdej części świata. Stanowisko niektórych duchownych z postawą Ojca Świętego Franciszka od początku pontyfikatu Jego Świątobliwości w ogóle niewiele ma wspólnego (czyt. encyklika Fratelli tutti).
W katolickim kraju, ubój rytualny, dokonywany zwłaszcza na eksport, powinien co najmniej skłaniać do refleksji. Ubój gospodarski to często tylko różnica skali. Ten, ekonomicznie uzasadniany, krwawy proceder bezrozumny nie jest. Trzeba nieźle ćwiczyć umysł, żeby usprawiedliwiać okrutne postępowanie wobec braci mniejszych. Nauka dawno już wyodrębniła kilkadziesiąt tysięcy kręgowców. Rozwinięty i złożony ośrodkowy układ nerwowy (OUN) sprawia, że czucie jest jedno i to samo np. u lisa, norki, nutrii czy wigilijnego karpia itd. Przestańmy się dziwić, że ludzie rzadko bywają taktowni i delikatni, skoro pod różnym pretekstem domagają się krwawej „ofiary”. Znamienne, że tych, co owe straszne praktyki widzą, rozumieją i nazywają po imieniu odsądza się od czci i wiary. Ci rzekomo wrodzy, nierozumni, niedoświadczeni, niewierzący, niszczący gospodarkę, to tradycyjnie jacyś młodzi ekolodzy, zmanipulowani i manipulatorzy, generalnie ci ukąszeni lewacką ideologią, neobolszewicy, neocośtamiści. Czyżby? A może to reprezentanci pokolenia, którzy czują i rozumieją, że brak empatii nie służy zdrowiu i bioróżnorodności. Nie przeżyjemy jako gatunek, gdy inne wyrżniemy i zeżremy! To generacja poważnie martwiących się, że na wylesionej, odwodnionej, spalonej słońcem Ziemi ludzie będą żyć samotnie. Braterstwo i solidarność nie jest dla nich pustym frazesem.
Zdaniem co poniektórych wszystko jest do politycznego rozegrania. Każdego można podejść, gdy nie prowadzi się badań naukowych. Grunt to odpowiednia gadka. Odwołanie się do sumienia, historii czy wiary ojców działa. Chcesz uchodzić za patriotę, to nie możesz prezentować się jako religijny odszczepieniec i dziejowy ignorant. Chorągiew, krucyfiks, kotwica ‘must have’. Kolory z bagiennej palety, brunatności i czernie, byle nie wielokolorowość. Tęcza odstręcza. Odwołania do endecji, sanacji mile widziane. Nieustannie doskonalona tężyzna fizyczna i „hart ducha”. Regularnie testowana biegłość w posługiwaniu się sprzętem pozwalającym odpierać ataki nihilistycznych prowokatorów. Stosunek do niewiast, uważanych za: „miłe, łagodne, zgodne i pogodne” czyt.: płoche to i naiwne, ale płodne i „gościnne”, wiadomy… Żałosne, że w przypadku wielu, „właściwy kurs” oznacza emocjonalne zwyrodnienie i lubowanie się w nadmiarowym dostarczaniu puryn do organizmu, co skutkuje np. artretyzmem, kamicą nerkową.
Człowiek to nie sęp ani hiena – naturalny padlinożerca. Nie wszyscy muszą zostać wegetarianinami lub weganami, ale fleksitarianizm to wariant godny rozważenia. Zwierzęta mają prawa and their lives matter!
W XIX wieku w Polsce żył ksiądz Walerian Kalinka. Myśląc o losie koni ciągnących fury pełne turystów do Morskiego Oka warto, aby znów wybrzmiały słowa człowieka, który nad Sekwaną spędził znaczną część życia. Zapisał, że: „We Francyi, kiedy na stromych ulicach Paryża ustaną konie zbyt ciężko obładowane, spieszą na pomoc woźnicy, pięknie nawet ubrani przechodnie. Maleńkie to, i zapewne ledwo godne wzmianki oznaki chrześcijańskiego współczucia (które, bądź co bądź, równo z cywilizacją idzie w górę), ale u nas, nie tak często je widzieć można”[2]. Pandemia, której aktualnie doświadczamy, ujawniła „niedostatek” chrześcijańskiego współczucia. Pokazane (18.11.2020) w programie Uwaga koronawirus (TVN) cierpiące, stare, zwierzęta (m.in. wyziębiona, chora klacz i niewidomy, łysy jork), ekonomiczne problemy z zabezpieczeniem opieki weterynaryjnej i odpowiedniego wyżywienia jaskrawo kontrastują z przekonaniem, iż: „Człowiek przywiązuje się do zwierzęcia, które mu długo służyło, i rad jest, jeśli, jako dawniej był zwyczaj, może mu na starość dać chleb łaskawy”[3]. W Anglii w XIX w. według relacji Kalinki zapadały wyroki sądowe, które skazywały właścicieli na karę „za męczenie bydlęcia”[3] . Polski kapłan, współpracownik ks. Adama Czartoryskiego miał odwagę krótko i celnie wskazać, co sprawiało, że w rozwoju cywilizacyjnym Polacy pozostają w tyle w stosunku do społeczeństw Zachodu. Zbiorowości, w większości deklaratywnie katolickiej, brakuje autentycznego współczucia chrześcijańskiego. Stosunek do zwierząt to tylko jeden z przykładów…
Kalinka nie był kosmopolitą. Ten ultramontanin, historyk i patriota ostrzegał rodaków, iż: „Złe, łatwiej zawsze niż dobre, i zobaczyć i naśladować”[4]. Doskonale rozumiał, że to co nienarodowe nie jest bezwartościowe, „Lecz niekażdy spostrzega, co zagranicą jest prawdziwie dobrego. Człowiek to tylko widzi, co czuje”[5]. Uwagi, które Polak-katolik, wierny sługa Ojca Świętego, organizator i uczestnik powstań narodowowyzwoleńczych (1846, 1848, 1863) poczynił w przeszłości powinny skłonić do refleksji zwolenników hasła: „Nasza cywilizacja, nasze wartości”. Jeśli ma się na myśli cywilizację chrześcijańską, to wykluczone jest zasklepianie się w nacjonalizmie. W swoim pisarstwie Walerian Kalinka ujawniał słabe strony charakteru narodowego. Choć od śmierci zmartwychwstańca minęło sporo czasu, świętując kolejne rocznice odzyskania niepodległości przekonujemy się, że piętnowanych przez niego przywar nie udało się skutecznie wykorzenić.

M.E.D.

[1]W. Kalinka, Agronomiczny korespondent Kroniki warszawskiej, w: tegoż, Pisma pomniejsze, część II, Kraków 1894, s. 164.
[2] tamże, s. 164.
[3] tamże, s. 164.
[4] tamże, s. 163.
[5] tamże, s. 165.