Kategorie
Bez kategorii

Zawirusowana polityka czy upolityczniona wiremia?

Sukces mniemany i wszędzie chamy…

 

Kto słyszał, że: „przez imaginację można dojść na koronację”, ten rozumie, że nie inaczej rzecz ma się z ogłoszeniem sukcesu w walce z pandemią. Cóż, wyobraźnia lubi płatać figle. Jednak powszechne podzielanie tego złudzenia nikomu nie wyjdzie na dobre. Poczucie bezpieczeństwa zawsze jest pożądane. Tym bardziej trzeba spytać: czy to przekonanie znajduje potwierdzenie w rzeczywistości? Zagrożenie dla zdrowia publicznego nie zniknęło, ale… Względy gospodarczo-polityczne każą niesprzyjającą faktyczność wyretuszować.

Musi być bezpieczniej, skoro postulat wprowadzenia stanu nadzwyczajnego „zmarł śmiercią nienaturalną” wskutek zastosowania metody: wnioskujemy choć nie zrealizujemy i konsensualnie zamilkniemy. Jak dobrze wiedzieć, że nieubłagana arytmetyka doskonale usprawiedliwia nieskuteczność. Ogłoszenie stanu klęski żywiołowej nie jest potrzebne. Wystarcza rozporządzenie Ministra Zdrowia. Mamy stan epidemii – ten komunikat jeszcze niedawno rozchodził się z urządzeń nagłaśniających zamontowanych w policyjnych samochodach przemierzających ulice miast. Od 30 maja 2020 r. powierzchnia sklepu czy kościoła już nie ma wpływu na to, ile osób się w nich znajdzie. Niemniej, skoro zdecydowano się przeprowadzić „wybory”, a czasu na kampanię zostało niewiele, jakoś trzeba zachęcić ogół do wskazania własnych preferencji. Nie wszystkie komitety wyborcze zgromadziły określoną przez prawo liczbę 100 tys. podpisów popierających start konkretnej osoby w wyborach prezydenckich. Uzyskanie powyższego minimum stanowi podstawę do zarejestrowania przez pełnomocnika komitetu wyborczego kandydata aspirującego do piastowania godności głowy państwa. Termin zgłaszania kandydatów na Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej do Państwowej Komisji Wyborczej upłynie w środę 10 czerwca 2020 r. Weryfikacja zgromadzonych danych też nie nastąpi automatycznie. Każda czynność wyborcza wymaga czasu.
Uruchomiono machiny mobilizujące elektoraty. Na ograniczone ilościowo spotkania promujące kandydatów przybywa wystarczająco dużo osób (maksymalnie 150). To, że często na wolnym powietrzu wyrażają swoje poparcie lub jego brak nie oznacza, że nie ryzykują zarażenia siebie lub innych nowym wirusem. To normalne, że ludzie przemieszczają się, żeby okazać wsparcie lub dezaprobatę konkretnemu pretendentowi. Gorzej, że epidemia nie wygasa. Rozsianych i pojedynczych ognisk może być więcej niż tych, o których informują media mainstreamowe. Ile konkretnie i gdzie? Tego się nie dowiemy, bo liczba wykonywanych testów niby rośnie, ale jakoś tak skromnie, okresowo pikując. Nie można ignorować okoliczności, że zapalczywość towarzysząca politycznym eventom intensyfikuje „soczystość” wymowy. Robi się głośno i wilgotno, a maseczki przestały być obowiązkowe. Liczy się zachowywanie odpowiedniej odległości, lecz dystans i spontaniczność nie przystają do siebie. Grupy okazujące wsparcie lub dezaprobatę są bardzo różnorodne. Aktywizują się potencjalni wyborcy różnej płci i wieku. Wątpliwe, żeby wszyscy znali silne i słabe strony własnych organizmów. Wielu przepycha się, aby bodaj łokciem nawiązać kontakt z popieranym politykiem. Pogoda zdaje się poprawiać, toteż poprawia się nastrój. Szkoda zastanawiać się nad ostrzeżeniami badaczy, którzy nie dodają odwagi twierdząc, że wraz ze wzrostem temperatur nie powinno się oczekiwać zniknięcia zarazy. Ogródki restauracyjne puchną. Miło, prawda? Brazylia jest daleko. Pozostaje współczuć. Pytajmy: komu – krajanom Pelé’go, a może raczej sobie? Po sąsiedzku, Rosjanie też przygotowują się do głosowania w sprawie zmian konstytucji. W Federacji Rosyjskiej, aby ograniczyć tłok w punktach referendalnych, procedurę planuje się wydłużyć na blisko tydzień. U nas, bez paniki i bez zmian. Wszystko da się przeprowadzić w ciągu jednego dnia. Nie 24 godzin, ale standardowo od godziny 7 do godziny 21. Założono, że część uprawnionych odda głos korespondencyjnie. Może tak się stanie, ale najpierw ta nieznana część rodaków musi z zachowaniem określonych terminów skontaktować się z właściwymi, ze względu na spis wyborców, w którym się znajdują, urzędami gminy i wyrazić chęć głosowania z wykorzystaniem nowego narzędzia. Kontakt może być ustny, pisemny lub elektroniczny. Czy w tych miejscach nie powstaną zatory i czy będzie bezpiecznie dla urzędników i petentów? Obywateli w kwarantannie i seniorów zachęca się do skorzystania ze wspomnianego rozwiązania jako redukującego kontakt bezpośredni do minimum.
Każdy obywatel jeśli ma prawo i chce zagłosować powinien mieć tę możliwość. Nie powinien jednak obawiać się, że korzystając z przysługujących sobie praw mógł się zakazić lub mógł zakazić kogoś w urzędzie, w lokalu lub we własnym domu. Nie można zapominać, że skutki Covid—19, w sytuacji gdy medycyna nie dysponuje celowanym lekiem ani szczepionką, są odroczone w czasie i wciąż poznawane. W dobie pandemii rozsądek i przezorność to cnoty, których miarą może okazać się stan zdrowia.
Wyjątkowość kandydatów ubiegających się o wybór na stanowisko głowy państwa przejawia się m.in. w tym, że każda wątpliwość, co do stanu ich zdrowia, co do stanu zdrowia ich najbliższego otoczenia, co do stanu zdrowia ich współpracowników zostanie szybko wyjaśniona i przedsiębrane będą odpowiednie kroki zaradcze. Nic w tym dziwnego. To, że zwykły obywatel musi uzbroić się w cierpliwość tzn. rzadko może liczyć na szybką i skuteczną ścieżkę, też nie zaskakuje. Utrzymanie drożności systemu opieki zdrowotnej to sprawa kluczowa w dłuższej niż wyborcza perspektywie, dlatego powinno zachowywać się ostrożność i śledzić rozwój sytuacji epidemicznej. Najlepiej, żeby epidemia realnie i nieodwołalnie w Polsce się zwijała!
Niepokoić może, że do gremialnego ruszenia do urn wyborczych, w groźnych dla zdrowia warunkach przekonują osoby, które nie są epidemiologami, wirusologami, immunologami, ale w środowisku naukowym cieszą się estymą. Uderzająca jest niekonsekwencja, gdy w jednym zdaniu zachęca się do masowego udziału w wyborach, a w następnym grzmi się, jakie to skandaliczne i śmieszne ogłaszać koniec pandemii. Jeżeli pandemii nie uważa się za wymysł, to trzeba ludziom przekazać niewygodną prawdę: w czasach zarazy, która jest faktem, w pierwszej kolejności chodzi o życie biologiczne; wybory nie będą w pełni odpowiadać wzorcowi właściwemu dla ustroju liberalnej demokracji; wybory to ważne narzędzie oceny; choć udział w wyborach nie jest obowiązkiem, to absencja oznacza rezygnację z przysługujących jednostce praw; w wyborach może chodzić o życie w znaczeniu politycznym tzn. oddając głos pośrednio wskazuje się preferowany typ ustroju politycznego. Tu sprawa jest jasna, czy chce się tylko ustroju demokratycznego, czy ustroju demokratycznego plus.
Na marginesie, gdyby nie demokracja obelżywe odzywki w parlamencie nie miałyby miejsca. W związku z tym, że pośrednio skierowano je do chamów, którzy mają w Sejmie swoich przedstawicieli – chamską hołotę, to rzeczone chamy powinny skompensować swoje poniżenie, starając się legalnie wybrać prezydentem jednego z popieranych przez siebie pretendentów. Skoro prezydent jest najważniejszym przedstawicielem państwa, to czemu miałby nie reprezentować tych, którzy zapewnili mu zwycięstwo w wyborach? Tak jesteśmy narodem chamów. Nasza kultura w znaczeniu materialnym i symbolicznym w ogromnej mierze wiąże się z ziemią, jest chłopska – agrarna. Przez wieki nikt się o to nie obrażał. Jako naród, co do zasady, pochodzenia sobie nie wybieramy. Wiedzę o genezie, dziejach i własnościach własnej wspólnoty kolejne pokolenia czerpały z książek historycznych. Doświadczenie to nie jest obce zwłaszcza ludziom starannie wykształconym, choć nieliczni zdają się mniemać, że współczesny cham wybierając przedstawiciela do parlamentu odda głos na ludzi nieokrzesanych i prymitywnych. Trzeba zauważyć, że dzisiejszy cham nie jest ordynusem i troglodytą. To coraz częściej człowiek mający trzy, dwie lub więcej liter przed nazwiskiem niezależnie od zawodu, jaki wykonuje i wielkości miejscowości, w której żyje. Ludzie prości, to także nie prostacy pozbawieni ogłady, bezideowi pieniacze. Dlaczego więc „chamscy z dziada pradziada” obywatele mieliby wybierać kogoś skrajnie różniącego się od nich samych? Wyraz hołota nikomu dobrze się nie skojarzy i lepiej używać go oszczędnie np. w odniesieniu do osób dopuszczających się aktów wandalizmu lub z rozmysłem stosujących przemoc (w szerokim znaczeniu) wobec bliźnich. Jeżeli ewidentny przejaw braku kultury nazywa się używaniem „męskich słów”, to tym samym ściąga się odium na określoną płeć. Kto wie, może słowa i gesty są przypisane do płci? Jeżeli tak jest, to nie tyle do biologicznej, ale politycznej.
Ach, ta esencja polityki – konflikt! Nic, tylko machnąć ręką. Wszędzie są chamidła. Ot, taka prawda: czasami człowiek musi, inaczej się udusi! Nie bądźmy hipokrytami. Liczy się interes. Elity schamiały… Czyli powrót do korzeni. Wulgaryzmy nie są nam obce. Bluzg spowszedniał, więc oburzamy się, gdy ktoś znany i znaczący publicznie, w przypływie negatywnych emocji, „puści wiąchę”. Sami w większości nie liczymy, ile razy na dzień klniemy, a robimy to z pasją godną lepszej sprawy!

M.E.D.